Lublin Studia Studenci Imprezy Kultura Praca Stancje w Lublinie Kultura Pizza Muzyka Wakacje Oferty Życie Studenckie w Lublinie! - MiastoStudentow.pl

Kaczyński mógł więcej zaryzykować...

29.06.2010.
polska.jpgJarosław Kaczyński ewidentnie był lepiej przygotowany do udziału w debacie. Wyszło to przy polityce regionalnej. Po Bronisławie Komorowskim było widać, że nie bardzo orientuje się w dokumentach własnego rządu. Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem z Instytutu Sobieskiego w Warszawie, rozmawia Paulina Jarosińska Kaczyński mógł więcej zaryzykować

Który z kandydatów wygrał niedzielną debatę - Jarosław Kaczyński czy Bronisław Komorowski?
- Debata była, według mnie, nudna, a jej forma uniemożliwiała realną rywalizację. Każdy z zawodników grał we własną grę. Kaczyński lubi być precyzyjny i taki był, natomiast Komorowski taki być nie umie, zatem starał się być odpowiednio elokwentny. Skupiał się na wygłaszaniu zdań, które zapadłyby Polakom w głowach, typu: "nie ma Polski południowej ani północnej". Rywalizacji jednak nie było, choć widać było, że obydwu kandydatów ona korci. Debata nie wskazała realnego zwycięzcy i pewnie głosy pozostaną niemal tak samo rozłożone, jak przed nią. Większą funkcję perswazyjną niż sama debata będą miały jej medialne omówienia.

Kandydat PiS podnosił, że forma debaty powinna być inna, to znaczy taka, w jakiej kandydaci zadają sobie pytania. Taka formuła poprawiłaby jakość wczorajszego spotkania?
- Sztab Jarosława Kaczyńskiego mógł uzgodnić ze sztabem Bronisława Komorowskiego inną formułę debaty, więc takie narzekanie jest trochę naciągane. Zresztą, debata oparta na wzajemnym zadawaniu pytań nie zmieściłaby się w przewidzianym czasie antenowym. Podobna odbyła się kilka lat temu we Francji, gdy Nicolas Sarkozy rywalizował z SégolÝne Royal w walce o prezydenturę, i spotkanie kandydatów trwało 5 godzin, a przed telewizorami zebrały się miliony Francuzów, blisko 70 procent. Obawiam się, że polskie media nie byłyby gotowe na tak duże przedsięwzięcie. Jarosław Kaczyński niewątpliwie wolałby taką formułę, ale nie chciałaby jej Platforma Obywatelska. Bronisław Komorowski permanentnie dążyłby do werbalnego klinczu. Forma debaty zbliżona do tej upragnionej przez kandydata PiS była w 2005 roku, natomiast 3 lata temu dyskusji towarzyszyła publiczność, która cały czas w niewybredny sposób przeszkadzała. W niedzielnej debacie widoczna była zapobiegliwość sztabów wyborczych i unikanie zaskoczenia, a przecież kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Jak można scharakteryzować retorykę kandydatów? Czy język był jasny i precyzyjny?
- Jarosław Kaczyński ma bardzo dobrą, szczegółową pamięć i lubi się nią popisywać. Często są to szczegóły, które są ciekawe, ale nie naświetlają całości, i z tym powinien walczyć podczas telewizyjnych polemik. Obaj kandydaci byli zdenerwowani, widać było, że zasychało im w ustach, a w takich sytuacjach staramy się instynktownie sprowadzać retorykę do dobrze wyuczonych formuł i chwytów. Komorowski zachował więcej wypracowanej sztywności, ale szedł w stronę nieco lepperowskiej, okrągłej retoryki, obliczonej na odbiorców "z największego wspólnego mianownika". Kaczyński chciał być precyzyjny i próbował np. objąć pojedynczym zdaniem upatrzone przez siebie grupy społeczne, np. rolników, nauczycieli...

Uczestnicy debaty na wiele sposobów odwoływali się do emocji telewidzów...
- Obaj kandydaci wyraźnie unikali straszenia, choć obecnie jak najbardziej jest czym straszyć. Jarosław Kaczyński odwoływał się wprost do godności i dumy. Komorowski posługiwał się hasłami wolności, solidarności, terminami bardzo abstrakcyjnymi, ale faktycznie stanowiącymi rdzeń polskiej tradycji. Unikał za to wszelkich szczegółów. Przekonamy się, jaki to miało skutek po rozkładzie sił przed środowym spotkaniem kandydatów. Niedzielna debata była przedbiegiem do drugiej, środowej. Moim zdaniem, Kaczyński powinien więcej zaryzykować, być bardziej dookreślony. Sztab powinien wymóc luźniejsze reguły gry. Ale też powinien dopracować trochę pytania. Niektóre były niedorzeczne, często padały kwestie, które wielokrotnie już omawiano i wiadomo, co który kandydat ma na ich temat do powiedzenia. Pod tym względem był to czas stracony.

Obydwaj kandydaci starają się pozyskać przed II turą elektorat lewicowy. Jak im się to udaje?
- Żaden z kandydatów nie zwracał się wprost do lewicy. Zrobili to wcześniej, i to chyba zbyt ostentacyjnie, by mogło to być skuteczne. Były wątki takie, jak in vitro, ale obydwaj kandydaci deklarowali dążenie do kompromisu na poziomie publicznym. Komorowski wykazywał się tu jedynie deklaracją klasycznie liberalnego rozdziału prywatnego od publicznego. Moim zdaniem jednak, te kwestie to wyraz poglądów redakcji przygotowujących pytania, a nie poglądów większości elektoratu lewicowego, dla którego kwestie światopoglądowe są ważne, ale nie są najistotniejsze. Trudno będzie zdobyć głosy tej grupy, ponieważ, po pierwsze, jest ona zakorzeniona mentalnie w dawnym systemie, a po drugie - liczy na transfery społeczne. I tu jedna rzecz niepokojąca: obydwaj kandydaci dużo mówili o wydatkach, ale żaden - zwłaszcza Kaczyński - nawet nie zająknął się o deficycie.

W ostatniej części debaty padło pytanie, co kandydaci, jeśli wygrają wybory, zrobiliby w celu wyjaśnienia katastrofy z 10 kwietnia...
- Sprawa katastrofy smoleńskiej, jest według mnie przegrana. Chodzi tylko o to, jak późno dotrze to do opinii publicznej i czy dowie się ona, jak właściwie powinno to być rozwiązane. Jeden kandydat przekonywał, że wszystko jest w porządku, a śledztwo przebiega bardzo dobrze, a drugi był oszczędny, bał się oskarżeń o cynizm, dlatego nic konkretnego nie powiedział. Jarosław Kaczyński mógłby spokojnie przez dwie minuty jasno powiedzieć, jak obecnie wygląda śledztwo, co jest z nim nie tak i co ewentualnie można by zrobić, by przybliżyć się do jego rozwiązania. Nie musiałby dramatyzować, to byłoby nawet niewskazane. Bo problemów związanych z katastrofą w Smoleńsku i tak jest sporo. Dotąd nie wjechali do Rosji polscy archeolodzy, Rosjanie na więcej pytań z polskiej strony już nie mają ochoty. Trzeba powiedzieć, że śledztwo wygląda bardzo mizernie i z dnia na dzień szanse na całkowite wyjaśnienie przyczyn wypadku maleją. Bardzo znaczące były słowa Komorowskiego, że Polska zrobiła wszystko, by "jakoś zbadać przyczyny katastrofy" - może to taki niezamierzony realizm.

Który z kandydatów był lepiej przygotowany merytorycznie do debaty?
- Kaczyński ewidentnie był lepiej przygotowany. Wyszło to przy polityce regionalnej. Po Komorowskim widać było, że nie bardzo się orientuje w dokumentach własnego rządu. I tu wychodzi różnica między kandydatami. Kaczyński zna szczegóły i lubi nimi operować, a Komorowski w ogóle się nimi nie zajmuje, woli gawędzić. Jednak godzina to zbyt krótko, by wykazać poziom merytorycznego przygotowania. W tym miejscu należy wspomnieć również o poziomie realizacji debaty przez telewizję publiczną, który był bardzo niski, i to już nie pierwszy raz. Takie kwestie, jak brak synchronizacji sygnałów z pracą spikerów, awarie czasomierzy czy spóźniony refleks realizatora przy pożegnaniu kandydatów - wszystko to przyczyniło się do ogólnego wrażenia chaosu podczas debaty, która i tak nie była specjalnie dynamiczna.

Czy z perspektywy piętnastu lat od debaty Wałęsa - Kwaśniewski coś się zmieniło w debacie politycznej, w debatach wyborczych?
- Według mnie, nic oprócz większej znajomości technikaliów public relations. Kaczyński, który wcześniej nie dbał o takie sprawy, musiał choć trochę zacząć o nie dbać.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: naszdziennik.pl