The Chemical Brothers "We Are The Night"
08.07.2007.

Jeśli jesteście uważani za mesjaszy sceny elektronicznej, cóż możecie więcej udowodnić swoją szóstą studyjną płytą? Nic. W takiej sytuacji pozostaje Wam „tylko” nagrać album bez właściwie słabych punktów. Co robić, takie życie.
Pisanie o zasługach „Chemicznych Braci” dla muzyki klubowej, to materiał na jeden wielki, oddzielny tekst. Spróbujmy więc z jednym akapitem. Cztery albumy na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów, tyleż samo plasujących się w górnych rejonach listy amerykańskiej. Około dwóch tuzinów singli z überprzebojami, jak „Hey Boy Hey Girl”, „Block Rockin’ Beats”, „Test” czy „Galvanize” na czele. Kolaboracje z największymi przedstawicielami różnych nurtów muzycznych, kilkadziesiąt festiwali, miliony sprzedanych płyt, liczne nagrody. Tak naprawdę jednak ta legenda rozpoczęła się (i rozpoczyna się) co weekend w klubie, gdzie piosenki The Chemical Brothers pomagają didżejom rozkręcać gorące imprezy.
Eklektyzm. To hasło zaświeciło mi się w głowie przy pierwszym przesłuchaniu „We Are The Night” i wcale nie zamierza zniknąć. Więcej – jest drogowskazem do poruszania się po nowym dziele Eda Simonsa i Toma Rowlandsa. Promującemu całość singlowi „Do It Again” przypisuje się dalekie echa Justina Timberlake’a. Może, gdyby J.T. przesiadł się na house’owe bity, to i by tak brzmiał. Przede wszystkim jednak przeznaczanie go do promocji albumu, to przykład nietrafionej decyzji wytwórni. Nie to żeby był słaby. Po prostu na tej płycie są dużo lepsze piosenki. Weźmy np. taki track tytułowy. „We Are The Night” to wspaniale rozwijający się, przypominający rozpędzający się rollercoaster utwór. A ta jazda trwa grubo ponad 6 minuty i nie nuży ani przez chwilę! Drugi w menu „All Rights Reserved” z gościnnym udziałem niedoszłych new rave’owców z Klaxons, to numer, który faktycznie mógłby się znaleźć w zestawie tegorocznych debiutantów z Londynu, gdyby nie ciężki bit, kwaśne klawisze i lekko „dramatyczne” sample, które przypominają kto tu jest gospodarzem.
Retro. Cudowne, old scholowe melodie, które dają namacalny powrót do przeszłości na nowym albumie „Chemicznych” są uosobione w ilości trzech przedstawicieli. Po pierwsze w całości instrumentalny „Saturate” – tak rave’owi futuryści mogli wyobrażać sobie orbitowanie w końcówce lat 80. Po drugie i trzecie zarazem najmocniejsze jak dla mnie momenty płyty, czyli „kosmiczny” „Burst Generator” przechodzący płynnie w „A Modern Midnight Conversation”. Pierwszy przypomina balangę na pokładzie Sokoła Millenium – pełno tu klawiszowych wyładowań, które tworzą coś w rodzaju elektronicznych plam, zupełnie jakby ojciec chrzestny shoegazu Kevin Shields dorwał się do klawiszy. Oczywiście nie ma mowy o żadnej kakofonii, cały czas tańczymy aż pod koniec 6 minuty wchodzi mostek wprowadzający nas w „A Modern Midnight Conversation”. Pojawia się cowbell i niosący się gdzieś wysoko ponad ziemią śpiew „Listen To Your Heart”, a ja odpadam.
Osobliwości. Czy ktoś spodziewał się porządnego bluesa na płycie pionierów angielskiego big beatu? A tu proszę – piosenka numer 10 „Battle Scars” z amerykańskim folkowcem Willy Masonem. Oczywiście blues zawiera się bardziej w głosie Masona, bo panowie całość wyścielają elektronicznym, lekko onirycznym podkładem. Przeszłość spotyka się w tym utworze z przyszłością, a największym highlightem jest poważny, tubalny wokal Willego (facet ma 22 lata!), który brzmi jak zagubione dziecko Johnnego Casha. Szykowany na drugi singiel „The Salmon Dance” to psychodeliczny hip hop z Fatlipem (ex – The Pharcyde) na featuringu, „Das Spiegel” mógłby stanowić czołówkę... Programu dla dzieci, a zamykający album „The Pills Won't Help You Now” ma w sobie dużo z wrażliwości Radiohead. Poza tym warto polować na bonus tracki (np. ściągając album z iTunes). „Seal” to psychodeliczna mantra, a „No Need” znajdujący się na europejskiej 7” brzmi jak klubowy klasyk.
„Nowa” Groove Armada już jest, a w tym roku mają się jeszcze ukazać płyty Basement Jaxx, Moby’ego i Underworld. Wymienieni wraz z The Chemical Brothers reprezentują starą gwardię muzyki tanecznej, a nie można przecież zapominać o młodych wilkach – LCD Soundsystem, Hot Chip czy The Go!Team. Wszyscy oni wydali lub dopiero wydadzą swoje LP. Już w zeszłym roku szala w kategorii najlepsze albumy ciążyła delikatnie w kierunku elektroniki, w tym roku mamy prawdziwy wysyp tego rodzaju muzyki, zapowiada się więc pasjonujący wyścig. Póki co „We Are The Night” jest na czele peletonu.
Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć