Lublin Studia Studenci Imprezy Kultura Praca Stancje w Lublinie Kultura Pizza Muzyka Wakacje Oferty Życie Studenckie w Lublinie! - MiastoStudentow.pl

The Car Is On Fire  Centrum Kultury, 10.12.2006 Lublin

12.12.2006.
p1000424p.jpg4 czerwca 1976 roku, Lesser Free Trade Hall, Sex Pistols występują w Manchesterze po raz pierwszy i jest to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii muzyki. 10 grudnia 2006, dokładnie 30 lat później The Car Is On Fire dają w Centrum Kultury swój pierwszy koncert w Lublinie.

Klimat występu Sex Pistols w mieście klubu z Old Trafford został świetnie odtworzony w filmie Michaela Winterbottom’a „24 Hour Party People”. Mała zadymiona sala z miejscami siedzącymi i tylko 42 osoby wśród publiczności. Koncert Pistols obserwują w skupieniu m.in. Tony Wilson (prezenter telewizyjny, następnie właściciel Factory Records), Steven Morrissey (wkrótce The Smiths) i ½ mającego niedługo powstać Warsaw, a następnie Joy Division i wreszcie New Order. Na twarzach odbiorców muzyki maluje się zaintrygowanie, a następnie rosnący entuzjazm, bo w końcu na ich oczach rodzi się właśnie punk rock (w dużym uproszczeniu, bo zjawisko kiełkowało już wcześniej, ale dopiero teraz uderzało z taką siłą rażenia). Część osób nieśmiało podskakuje w rytm ciętych punk rockowych riffów i dynamicznej sekcji rytmicznej, by z czasem uzbierała się ich całkiem spora grupa. Niedzielny koncert czwórki młodych warszawiaków miał podobną otoczkę – również mała sala, atmosfera intymności (publiczność niemal „siedząca” na scenie), około 100 osób i również początkowo niezbyt liczna publika, z czasem rozrastająca się w tańczący, ściśnięty na małej przestrzeni tłum. Analogi jest z resztą więcej. Sex Pistols grali punk, a chłopaki z The Car Is On Fire często czerpią z post punkowych patentów, poza tym, choć ich kompozycje na drugiej płycie „Lake & Flames” stały się niezwykle urozmaicone i rozbudowane, to nadal na scenie, podobnie jak czwórka z Anglii, prezentują się surowo i naturalnie, czyli to, co tygryski lubią najbardziej.

p1000425p.jpgZespól w składzie: Borys Dejnarowicz, Kuba Czubak, Jacek Szabrański i Krzysztof Halicz rozpoczął koncert numerem „The Car Is On Fire Early Morning Internazionale” zaraz po 19. Celowo nie wymieniłem przy nazwiskach członków bandu, kto za co odpowiada, gdyż byłaby to naprawdę długa lista, poza tym często wymieniają się funkcjami, o czym z resztą mieliśmy się okazję przekonać. W „Such A Lovely” perkusista Krzysiek Halicz chwycił za gitarę akustyczną, by odegrać wraz z kolegami tą ładną (i dobrze przyjętą) balladę, a w „Love” nominalnie gitarzysta Jacek Szabrański złapał za bas, co było niezłym popisem umiejętności, gdyż ten numer ma całkiem dynamiczną i pokombinowaną linię basu właśnie. Set zdominowały piosenki przede wszystkim z wydanej niedawno drugiej płyty zespołu (co zrozumiałe), choć oczywiście pojawiły się też największe highlighty z self-titled debiutu. Ot, chociażby fenomenalnie przechodzące w siebie kolejno „Scarlett O’Hara”, „Tupolev” i „Cranks”, albo ostatni numer występu, na życzenie publiczności „Miniskirt”. Nie zabrakło utworów, które nie pojawiły się na płytach – „Ex Boyfriend”, „At This Time” czy „Death List Five”. Zainteresowanych odsyłam do setlisty zamieszczonej poniżej.
 setlista.gif
Koncert minął jak z bicza strzelił (trwał niewiele ponad godzinę), a warszawiacy po nim pojawili się na sali barowej Centrum Kultury, była więc okazja by porozmawiać. Zastanawiające, że TCIOF, którzy już teraz (choć zadebiutowali dopiero rok temu) są naszym naczelnym towarem eksportowym do Anglii, Kanady i USA, mają w sobie więcej pokory, skromności i entuzjazmu, niż znamienita część polskich pop rockowych gwiazdeczek, które swoją muzyką byłyby w stanie zachwycić światową publikę, ale 40 lat temu. Z drugiej strony chłopaki znają swoją wartość, to czuć w rozmowie. I dobrze, mają ku temu wszelkie podstawy.

Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć