Lublin Studia Studenci Imprezy Kultura Praca Stancje w Lublinie Kultura Pizza Muzyka Wakacje Oferty Życie Studenckie w Lublinie! - MiastoStudentow.pl

Smolik "3" - recenzja

04.12.2006.
smolik3.jpgAndrzej Smolik twierdzi, że „pakowanie artystów do szuflad z gatunkami to prawdziwe nieszczęście”. Pełna zgoda, jest to często domena leniwych dziennikarzy, którzy posiadając w swojej głowie hasła – klucze mogą znacznie szybciej sklecić parę zdań na potrzeby recenzji. Jest jednak też druga strona medalu. Piszący są często ograniczeni a to ilością miejsca przeznaczoną na artykuł (co wiąże się z ograniczeniem  do konkretyzacji), a to z kolei muszą uwzględniać kompetencje szerokiego grona odbiorców, czyli tak naprawdę wszystkich. Każdy MOŻE przeczytać recenzję, ale i każdy MUSI zrozumieć, o czym mówi autor. Trzeba zatem iść na kompromis. Jak to zrobić? Najlepiej trzymać się faktów.

Fakty są takie, że to już 3 płyta Andrzeja Smolika. 2 poprzednie może nie stały się synonimem sukcesu komercyjnego, za to artystycznego jak najbardziej tak. Na zarówno self-titled debiucie, jak i płycie „2” na pierwszy plan wysuwały się przede wszystkim elektroniczne brzmienia. Można śmiało powiedzieć, że znakiem rozpoznawczym Smolika stały się ciepło brzmiące klawisze i rozleniwione syntetyczne tło. Tło to jednak zawierało wielokrotnie niezauważalne od pierwszego przesłuchania żywą gitarę basową, mandolinę czy gitarę. Na trzecim albumie Smolik wykonał jeszcze bardziej zdecydowany krok w stronę akustycznych dźwięków. Już otwierający płytę „S.Dreams”, to szalejące na rozbujanym basie R’n’B wymieszane z soulowym śpiewem. Zarazem jest to ładna liryczna kompozycja śmigająca na poziomie nieosiągalnym dla lokalnych aspiratorów (aspiratorek?) do bycia „czarnymi głosami” polskiej sceny. To, że część osób będzie musiała wyleczyć się z takich marzeń jest w dużej mierze zasługą gościnnie występującej w tym numerze Sofy. Jeśli już o gościach mowa, wiadomo, że to oni zawsze użyczali głosów na albumach Smolika. Z reguły potrafili uchwycić klimat kompozycji, prezentując się często z zaskakującej strony (vide Artur Rojek z Myslovitz na „Dig i Din” z poprzedniej płyty). Nic się nie zmieniło. Jest w muzyce Smolika jakaś chemia sprawiająca, że artyści z nim współpracujący wzbijają się na wyżyny, co możemy usłyszeć potem na płytach. Ot, Mika Urbaniak w „Med 3” brzmi jak... MC Lyte? W każdym bądź razie, jak czarna wokalistka z okresu złotych lat hip hopu. Kasia Kurzewska z kolei w „Cye” przywołuje klimat pierwszej solowej płyty Alicii Keys „Songs in A Minor”. Oczywiście są też starzy dobrzy znajomi – Bogdan Kondracki charakterystycznym basem prowadzi dostojnie melodię w najpiękniejszym na „3” utworze „Time Take” (wtóruje mu rozleniwiono – anielski jak zawsze głos Karoliny Kozak), a Novika i Rojek w sympatycznym „50 Trees” prowadzą wyluzowany wokalny dialog.

Pojawili się też artyści o międzynarodowej renomie – Victor Davies i Maya Singh. Ten pierwszy sprawia, że mężczyźni na albumie Smolika po raz pierwszy „mówią” mocnym głosem. Nie zrozumcie mnie źle – na debiucie czy drugiej płycie odgrywali oni ważną rolę, ale byli zawsze jakby w cieniu śpiewających pań. To one kradły show. Tymczasem przede wszystkim wspomniany Davies, ale i Artur Rojek czy Bogdan Kondracki dzielnie walczą o „wokalne równouprawnienie” na „3”. Najmocniejsze punkty na tym albumie? To wyświechtany zwrot, ale naprawdę, wierzcie mi, każda piosenka mogłaby być singlem. Nie, zaraz, zapomniałem przez chwilę, że mówimy o polskim radiu i telewizji. Mogłaby więc być singlem np. na Wyspach. I tego Andrzejowi Smolikowi życzę.

Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć