Lublin Studia Studenci Imprezy Kultura Praca Stancje w Lublinie Kultura Pizza Muzyka Wakacje Oferty Życie Studenckie w Lublinie! - MiastoStudentow.pl

Podsumowanie roku

18.12.2006.
Powszechnie krąży opinia o tym, że 2006 to był słaby rok dla muzyki. Faktycznie, nie pojawił się żaden zniewalający debiutant, a znani artyści choć na ogół nie zeszli poniżej poziomu, do którego nas przyzwyczaili, to i też nie spłodzili ponad czasowego klasyka. Wszystko to jednak za mało, by ferować wyroki o przeciętności minionych 12 miesięcy.


Wręcz przeciwnie, starając się wyselekcjonować „top” moich list, musiałem odrzucić parę naprawdę niezłych płyt, a i sama kolejność wybranej już grupy mogłaby być za parę dni inna. Nie zmienia to faktu, że ścisłej czołówki jestem pewien i tej bym już nie zmienił. Zapraszam do lektury.

Top świat


1.    Belle And Sebastian „The Life Pursuit” – nie mogło być inaczej. Żadnej płyty nie poznałem tak „wzdłuż i wszerz”, jak kolejnego dzieła ekipy Murdocha. Słuchałem, wgryzałem się w niebanalne i nie łatwe do zrozumienia liryki, pisałem po angielsku recenzję. Poza osobistą sympatią, to przede wszystkim fantastyczny album, gdzie melodia i słowo pełni nierozerwalną całość. Poznawanie tylko jednego z tych dwóch elementów obniża wartość „The Life Pursuit” o połowę.

2.    Scissor Sisters „Ta-Dah” – gdy usłyszałem ich pierwszy singiel z   pierwszej płyty, to szczerze „znielubiłem” i omijałem szerokim łukiem. Wreszcie pojawił się drugi LP i parkietowy wymiatacz „I Don’t Feel Like Dancin”. Musiałem poznać całą płytę. Poznałem. Jestem ich fanem.  

3.    Stereolab „Fab Four Suture” – kolejna zasłużona ekipa w tym zestawieniu. Ile to już lat? 16? Widać melanż brytyjsko – francuski może trwać tyle i na dodatek wyjść wszystkim na dobre.

4.    Yeah Yeah Yeahs „Show Your Bones” – to nie miało prawa się udać. Nachalna admiracja ze strony pism typu New Musical Express przy jednoczesnej słabiźnie debiutu dawała do myślenia. Wyszedł drugi album i co? Peany ze strony wyżej wymienionych, ale i kręgów alternatywnych (tzn. nie Arctic Monkeys, a Built To Spill, nie Razorlight, a Pavement), powszechne uwielbienie. Udało się.

5.    Anja Garbarek „Briefly Shaking” – pluję sobie w brodę, że nie znalazłem czasu na recenzję tej płyty. Głos, w którym facet się zakochuje. Anja raz przypomina bezbronną, słodką dziewczynkę, by za chwilę zabrzmieć głosem dorosłej kobiety, która rozmyśla nad przyszłością swojego dziecka (Anja sama jest mamą). Wszystko to wyścielające tło utkane z trip hopowo – popowo – ambientowo – i Bóg wie jeszcze jakich dźwięków. Miód!

6.    The Gossip „Standing In The Way Of Control” – w tym całym hype’owym zamęcie wywołanym przez media gdzieś zaginęli. I dobrze. Nie są tak rozpieszczani przez prasę jak The Automatic, tak zabawni jak Kaiser Chiefs, za to nagrali surowo – garażową płytę, przy której „trendy indie kapelki” siadają jak Irasiad. A głos Beth Ditto mógłby wywołać ponowną erupcję Wezuwiusza.

7.    Sergio Mendes „Timeless” – brazylijski kompozytor wyssał na dłuższą część lata innych wykonawców z mojego odtwarzacza. Ten pan w słusznym wieku zaprosił do studia mocną obsadę ze świata czarnych dźwięków (m.in. Erykah Badu, Black Eyed Peas, Black Thought, Chali 2Na, John Legend) i wraz z nimi zremiksował swoje klasyki. Co z tego wyszło? Mieszanka swingu, jazzu, soulu, hip hopu, samby, bossa novy, czyli iście wybuchowa i jak sam raz na lato.

8.    Red Hot Chili Peppers „Stadium Arcadium” – „don’t believe the hype” rymował swego czasu Chuck D. Zasłużony (oj tak) dla punk – funk rocka skład nagrał naprawdę przyzwoity, 2 płytowy materiał wbrew temu co napiszą Wam na alternatywnych forach. Ciągle jednak czwórka z Kalifornii nie przestanie mnie zadziwiać wyborem singli z tej płyty, gdyż NAPRAWDĘ nie są to najlepsze numery na „Stadium Arcadium”, tylko najbardziej chwytliwe. Ot, prawa rynku (fuj).

9.    Cassius „15 Again” – „After all the words we sing / I got my eyes on my machine (...) toop toop, shoop shoop”! Dajcie mi spokój, ja tańczę!

10.    LCD Soundsystem „45:33” – a to ci heca. Murphy nagrał płytę do joggingu dla Nike („sprzedał się, a buuu” – już huczą fora), coś co na zdrowy rozum nie mogło stać się ambitnym projektem. Tymczasem te 45 minut i 33 sekundy to prawdziwy uczta muzyczna. Warning – jeśli jesteś uczulony na dobre elektroniczne brzmienia, jesteś ponurakiem i kochasz leżeć bezczynnie na kanapie, odpuść sobie tę płytę.

To by było na tyle. Wyboru dokonałem z grupy 30 przesłuchanych albumów. Myślałem o 15 płyt ze świata, ale rzucałaby się w oczy za duża dysproporcja w stosunku do listy polskiej. Tak naprawdę każda z wymienionych powyżej płyt, niezależnie od miejsca na liście, zasługuje na większą uwagę. Dla ciekawskich podaję spis albumów, które znalazły się na miejscach 10-15: I’m From Barcelona „Let Me Introduce My Friends”, The Kooks „Inside In, Inside Out”, Arctic Monkeys „Wahtever People Say I am...”, Hot Chip „The Warning”, Jamiroquai „Late Night Tales”.

Top kraj

1.    The Car Is On Fire „Lake & Flames” – i tu także obyło się bez niespodzianki. Jak się nagrywa LP na światowym poziomie, to tylko można życzyć kariery za granicą, zwłaszcza, że w Polsce miną lata świetlne nim taka (dobra, wysmakowana) muzyka zacznie być popularna. Niestety. Na szczęście chłopaki znaleźli swoją niszę, a i większe media (Radiowa Trójka, Przekrój, Machina, Playboy) stoją za nimi murem. W państwie Mandaryny i innych zgniłych owoców, to cud.

2.    Muzykoterapia „Muzykoterapia” – debiut roku. Więcej nie trzeba na    razie  pisać, sami się obronią swoją muzyką.

3.    Smolik „3” – podobno gdzie niegdzie w Polsce mówi się o takiej muzyce w kategorii alternatywny pop. Andrzej Smolik słusznie zauważa, że tylko u nas ma to miejsce, na Zachodzie podobne dźwięki funkcjonują na równych prawach z popem, komercyjnym rockiem, undergoundowym hip hopem czy jazzem. Ale Smolik nie musi nikomu nic tłumaczyć, ani tym bardziej udowadniać. Swoją 3 LP udowodnił sam sobie, że na polskim rynku w swojej kategorii wagowej nie ma sobie równych.

4.  Contemporary Noise Quintet „Pig Inside The Gentelman” – ta bajka  
zaczyna się tak: była sobie kiedyś kapela o nazwie Something Like Elvis. Kapela fenomen, bo koncertująca na świecie z NoMeansNo, w Polsce kompletnie nieznana. Niestety już się rozpadła, a na jej zgliszczach powstały dwie nowe – Potty Umbrella i Contemporary Noise Quintet. No dobra, ale jaki to rodzaj muzyki? Gdyby Krzysztof Komeda żył i grał w Sonic Youth, to na 99,9% brzmiało by to jak propozycja zespołu z Szubina.

5.  Bassisters Orchestra „Numer Jeden” – jeszcze więksi wariaci niż CNQ. 
Wystarczy podać personalia tego projektu, żeby móc domyśleć się, czym to pachnie. W skład Bassisters wchodzą: Fisz, Emade, Bunio, Mikołaj Trzaska, Wojtek Mazolewski i Macio Moretti. Jak brzmią? Jak Stańko na kwasie. I są cholernie dobrzy.

Polska lista musiała być mniejsza, gdyż generalnie poznałem tylko 12 płyt krajowych w tym roku. Nadal są albumy, których za mało słuchałem, by je oceniać (Blade Loki „No Passaran”), które nie wiem jak ugryźć (Ścianka „Pan Planeta”) lub takie, które wywołują mieszane uczucia (T.Love „I Hate Rock’n’Roll”).

Gnioty

1.    The Automatic „Not Accepted Anywhere” – neither here. Jeśli ma się poparcie najbardziej wpływowej muzycznej gazety na świecie (New Musical Express), to wypada nagrać przynajmniej przyzwoitą płytę. The Automatic nie są jednak przyzwoici. Mam nadzieje, że radiowi dj’e pójdą po rozum do głowy i w przyszłym roku koszmarki pokroju „Monster” nie będą straszyć słuchaczy w eterze.

2.    The Raconteurs „Broken Boy Soldier” – nie wystarczy tylko odkurzyć płyty Led Zeppelin, by w 2006 roku odnieść sukces. Jack White niech wraca czym prędzej do tego, w czym jest naprawdę dobry (The White Stripes) i przestanie się kompromitować.

3.    The Strokes „First Impressions Of Earth” – pytanie: czy można nagrać coś gorszego, niż „Room On Fire” (druga płyta chłopców z castingu)? Odpowiedź: można.

4.    Penny Lane „Penny Lane” – no i mamy polskiego przedstawiciela. Czy można mówić o dużym rozczarowaniu? Nie, można mówić o HIPER rozczarowaniu, szczególnie gdy przypomnimy sobie, że już raz w historii powstała płyta z połączonych sił Myslovitz i Negatywu (i Ścianki). Wiadomo, o czym mowa i wiadomo jaką rolę odegrała w polskim światku muzycznym (dla niezorientowanych – Lenny Valentino „Uwaga! Jedzie tramwaj”, kamień milowy polskiej muzyki gitarowej). Penny Lane może się podobać, ale gdzieś na wysokości 3 piwa, gdzie liryki przestają mieć znaczenie (wiadomo, „słuchamy rocka / tańczymy, bawimy się”), co w przypadku temperamentów osób tworzących tę płytę pozwala domniemywać, że w takich właśnie klimatach powstawała. Szkoda, że ujrzała światło dzienne.

5.    Razorlight „Razorlight” / The Killers „Sam’s Town” – ex aequo. Brytyjczycy z Razorlight naprawdę wzięli na poważnie wyznanie swojego lidera Johnnego Borrela („przyjechałem do Ameryki i nie wyjadę stąd, póki nie zostanę królem”) i po, skądinąd ambitnym debiucie, wykonali skok na kasę (czyt. rynek amerykański) i stworzyli produkt. Nie płytę, ale produkt. Co do czwórki z Las Vegas, nagrali całkiem sympatyczny album do połowy + ostatnia piosenka (jeśli tylko potrafimy wyłączyć się na idiotyczne liryki i manierę wokalną a la Meat Loaf). Reszta płyty, to gniot zawierający potworki typu drugi singiel „Bones” („Don’t you wanna feel my bones on your bones?”, brrrr).

Tym sposobem dobiliśmy końca. Co przyniesie 2007 rok? To już temat na oddzielny wątek, gdyż oprócz nowych płyt, myślę tu też o takich rzeczach, jak koncerty, prężnie rozwijające się w Polsce duże festiwale, rosnącą falę łapanki piratów czy nie robiący nic w związku z tym rząd (czyt. zmniejszenie cen płyt w sklepach). Jeszcze inną kwestię stanowi fakt rosnącej ilości chłamu w polskim radiu i zalewający polską muzykę (wątpliwej jakości) import muzyczny zza granicy. Do przeczytania.


Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć