16.03.2007.

Czy jest sposób by być nieśmiertelnym w aspekcie nie tylko duchowym? Czy można „racjonalnie” pogodzić się z umieraniem najbliższej osoby. I czy warto poświęcić jej brak siebie samego, próbując pozytywnie odpowiedzieć na pierwsze pytanie? Takie pytania stawia Darren Aronofsky w swoim najnowszym filmie „Źródło”.
Ukazuje problem śmiertelności oraz tak bezgranicznej, że wręcz ślepej miłości, w sposób nietuzinkowy, pozbawiony taniego sentymentalizmu i infantylizmu spotykanego w łzawcach familijnych, puszczanych w czwartkowe wieczory, w jednej z prywatnych telewizji. W dość przewrotny sposób opowiada losy pary bohaterów, podzielone na trzy epizody, rozgrywające się na przestrzeni tysiąca lat. Lecz niezaspokojony będzie ten, kto oczekuje tutaj zmiksowanych części powrotów do przyszłości i przeszłości z „12 małpami” w bollywoodzkim, czy gorzej brazylijskim wydaniu. Konwencja ta pozwala nam zobaczyć, że zmagania z próbą przedłużenia życia, to nie tylko domena najnowszej medycyny. I tak w XVI wieku widzimy Tomasa jako konkwistadora, który z polecenia hiszpańskiej królowej Izabeli ma odnaleźć w Ameryce Południowej mityczne drzewo życia, dające nieśmiertelność. 500 lat później jest naukowcem, z miecza przerzuca się na medycynę, by uratować śmiertelnie chorą żonę, gdyż uważa śmierć za uleczalną chorobę. Ostatni epizod dzieje się w XXVI wieku, bohater jako astronauta stara się dotrzeć do gwiazdozbioru Xibalba, by według azteckiego mitu przywrócić Isis życie tylko z takim plusem, że bez daty terminu ważności. Ostatnia część jest najbardziej zakręcona, gdyż widzimy unoszącą się w kosmosie olbrzymią bańkę mydlaną, a w niej drzewo, zmarłą Isis i Thomasa, który co raz to grawituje w i poza nią, w buddyjskim siadzie. W każdym wcieleniu toczony bezgraniczna miłością, stara się opanować, to co kontroli nie podlega. W każdej części zaślepiony poszukiwaniami rozwiązania zagadki nieśmiertelności, zapomina o bezpowrotnej teraźniejszości. W przeciwieństwie do żony, nie może zaakceptować śmierci jako niezbywalnego etapu w naszym życiu, dlatego nie przeżywa razem z nią jej odejścia. Dlatego lepiej brać nawet krótką teraźniejszość, niż przedkładać ją nad mgliste marzenia o wieczności.
„Źródło” zapowiadano już prawie 5 lat, zmiany w obsadzie, problemy z budżetem i inne nieznane przyczyny spowodowały tak duże opóźnienie. Po wcześniejszych filmach, jakie Darren Aronofsky popełnił, oczekiwano czegoś wręcz kultowego. Wyszedł film nie tak zakręcony niczym radziecki słoik po dżemie, choć do takich rzeczy zostałem przyzwyczajony przez reżysera, oraz nie tak dobry jak „Pi” czy „Requiem dla snu”. Wśród pozytywów mamy tutaj dość ciekawy temat i formę, zastąpienie komputerowych efektów specjalnych, chemicznymi reakcjami oraz wyśmienitą muzykę Clinta Mansella, w wykonaniu Krosno Quartet, znanych z wcześniejszej współpracy z Aronofskyim.
Paweł Dąbek
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć