Lublin Studia Studenci Imprezy Kultura Praca Stancje w Lublinie Kultura Pizza Muzyka Wakacje Oferty Życie Studenckie w Lublinie! - MiastoStudentow.pl

W kinie w Lublinie

14.03.2007.
popcorn.jpgNiewiele ponad 10 zł i anielska cierpliwość. Tylko tyle i aż tyle wystarczy lubelskiemu studentowi do dobrej zabawy w jednym z naszych lokalnych kin. O ile to pierwsze nie stanowi większego wyzwania, tak drugie może niekiedy pretendować do miana heroicznego wyczynu.

Co dostajemy w cenie biletu? Możliwość obejrzenia filmu i wszystko co za tym idzie, czyli dobrej jakości obraz, niemal koncertowe nagłośnienie itd. Ludzi, z którymi przyjdzie nam dzielić tę przyjemność dostajemy gratis.

Niedzielny wieczór, lubelskie kino. Z rozbawieniem obserwuję, jak po otwarciu bram przy barkach z jedzeniem ustawiają się dłuższe kolejki, niż chwilę wcześniej po bilet. Zważywszy na to, że dla wielu zabrakło wejściówek i ludzie tłoczyli się w iście PRLowskiej kolejce, to swego rodzaju fenomen. Czy mi się tylko wydaje, czy bileterzy błogosławią wzrokiem tych, którzy nie wnoszą żadnego jedzenia na salę? Tam już rozsiadamy się wygodnie ze znajomymi, przy czym wiedziony traperskim instynktem, nie decyduję się zarzucić kurtki na oparcie. A jakoś mi się nie chce po seansie uczestniczyć w atrakcjach typu „czy ten sos da się doprać” lub „czym ta kurtka tak śmierdzi?”.

Ledwie zaczynają lecieć reklamy przed filmem, a już na sali gros osób zaczyna przenosić realia „Wielkiego żarcia” (co by się trzymać nomenklatury filmowej) do realu. I tu muszę zaznaczyć na swoje usprawiedliwienie – jeszcze mnie całkiem nie pogięło i nie mam NAPRAWDĘ nic przeciwko umilaniu sobie czasu spędzonego w kinie przegryzkami. To jednak zupełnie inna bajka, niż orgia w chipsach czy popcornie, gdzie niektórzy sprawiają wrażenie, jakby dopiero tutaj mogli się najeść i to, po co najmniej półrocznym poście. Kojarzycie może scenki z japońskich (komediowych) mang, gdzie główny bohater tak zajada się ryżem z małej miseczki, że ten aż leci salwami na boki? Teraz wiem, że takie coś można zobaczyć na żywo.

Wiem także już od licealistów siedzących obok, że film jest „zajebisty” i w ogóle „o ku...”. Spoko. Cieszę się nawet, że przy tak ekspresyjnych reakcjach za wiele z opasłej tacki z chipsami sąsiada nie ląduje na ziemi, a już totalnym sukcesem jest to, że nie będę musiał czyścić spodni. Gorzej, że powtarzanie przez tychże co lepszych tekstów z filmu, zagłusza w ogólnym efekcie ¼ wszystkich dialogów. Cóż, będzie trzeba obejrzeć za jakiś czas to samo w domu po raz drugi. „Rządzą” jak zwykle cwaniacy, którym co jakiś czas wydobywa się „psst” z wniesionych do kina browarów i do pełnego obrazu brakuje jeszcze zapalonej gdzieś na sali fajki. Choć – biję się w pierś – nie rozglądałem się za takową. Wolałem (próbować) obejrzeć obraz.

To już koniec. Światła się zapalają, a naszym oczom ukazuje się prawdziwe pobojowisko. Walające się kubki po Coli, puste paczki, że o „dywanie z popcornu” nie wspomnę. Kolejny gastroseans dobiegł końca.

Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć