Modest Mouse "We Were Dead Before The Ship Even Sank"
26.04.2007.

Arcydzieło, epokowe osiągnięcie, monumentalna, klasyczna, jedna z trzech najlepszych płyt indie sytuująca grupę pośród największych klasyków rocka.
Tak pisano o wydanej w 2000 roku płycie Modest Mouse „The Moon & Antarctica”, czwartej studyjnej, ale pierwszej pod skrzydłami fonograficznego giganta Epic. Jak czas pokazał zespół wcale nie poszedł na żadne ustępstwa (czyt. nie sprzedał tyłka), nawet wtedy, gdy wykrojony singiel „Float On” z wydanej w 2004 r. płyty „Good News for People Who Love Bad News” szalał na listach przebojów i w amerykańskim „Idolu” (sic!). Pierwszy kwartał tego roku przyniósł nam nowe dzieło Amerykanów i część gawiedzi jeszcze nie wie, czy wypada im lubić ten album, czy może nie.
Bo trzeba Wam wiedzieć, że Modest Mouse byli zawsze ulubieńcami fanów alternatywnego grania, a gdy mówię „alternatywnego”, to mam na myśli ALTERNATYWNEGO. Pełną gębą. Bo trzeba Wam wiedzieć, że Modest Mouse rozliczali się na swoich płytach z rzeczami ostatecznymi. Tymczasem „We Were Dead Before The Ship Even Sank” ukazuje bardziej wyluzowane oblicze grupy (choć nadal maksymalnie nie do przełknięcia dla fana „maestro” Piotra Rubika).
Otwierający całość „March Into The Sea” jeszcze tego nie zapowiada. Zestawienie wściekłości z delikatnością w głosie wokalisty Isaaca Brocka i taką też grą reszty zespołu przywołuje ducha starego Modest Mouse’a. Potem jednak następują po sobie energiczny, podelektryzowany w środku singiel „Dashboard”, powoli płynący, śliczny „Fire It Up” z jakże życiowym wersem: „Even if we knew which way to head but still we probably wouldn't go”. Nawet „Florida” mogłaby robić za letni hit w rozgłośniach radiowych, gdyby nie gitarowo – sekcyjno – wokalna młócka pod koniec tej piosenki. Przerwa na „stare Modest” czai się pod numerem 5. Żarliwy, poważny, składający się z kilku części „Parting Of The Sensory” kończy się kaskadą werbli, które nie dają nam zaczerpnąć powietrza. Bardzo mocny punkt tej płyty. Po beztroskim „Missed The Boat” następuje przewrotny („We've got everything down to a science so I guess we know everything”) „We’ve Got Everything”, w którym pobrzmiewa echo dobrego popu z lat 90. Numer 7, czyli „Fly Trapped In A Jar” to kolejny highlight płyty, zakręcony a la stare Red Hot Chili Peppers (klimat całego numeru, modelowanie głosem Brocka w stylu Anthony’ego Kiedisa, wreszcie niemal rapowana końcówka). „Education” urzeka miłym groove’m, „Little Motel” cudownie jazgotliwą i rozmytą gitarą w finale, a hitowy „Steam Engenius” co najmniej „dziwnym” tekstem: „I was born in the factory / Far away from the milk and tea / What's the use? / Oh, what's the use?”.
Panie i panowie, piosenka numer 12 zasługuje na oddzielny akapit. „Spitting Venom” zaczyna się niepozornym, granym na gitarze akustycznej, zgrabnym akordem i zaczepnym śpiewem Brocka. Niemal ogniskowy klimat chciałoby się rzecz. Ok 1.30 minuty następuje przełamanie melodii, wchodzą zdecydowane gitary, a Brock od chóralnego dochodzi do pełnego wściekłości i pasji śpiewu. W 3.22 minucie powraca początkowa melodia podkręcana już jednak dodatkowo perkusją i łkającą gitarą. 4.15 – cisza i tylko wyjęte jakby żywcem z apelu poległych trąbki, Katharsis... Pojawia się znowu delikatna melodia na gitarze, która już zostanie z nami do końca, a im dalej, tym bardziej klimat piosenki gęstnieje, fascynująco narasta, już nikt nie ma uśmiechu na twarzy, wszyscy słuchają w skupieniu, rozbrzmiewa marszowy rytm perkusji... I cóż mogę napisać na swoje usprawiedliwienie? Jak mogę wytłumaczyć swój „odlot”? Widzicie, to jest jeden z rzadkich momentów, kiedy zwykła piosenka ociera się o coś transcendentnego, monumentalnego, pięknego. Mogę jedynie pochylić głowę przed geniuszem, a to przecież „tylko” muzyka...
Ok., czas powrócić na ziemię. Przedostatni „People As Places As People” mógłby zamykać „We Were Dead Before The Ship Even Sank”, bo nie dość, że to kolejny strzał w dziesiątkę, to jeszcze ostatni utwór „Invisible” nie specjalnie mnie przekonuje. Niby ciekawy, kaskadowy riff rządzi w środku, ale już dla darcia buzi przez Brocka nie znajduje uzasadnienia. Tym sposobem dobiliśmy końca, a ja znowu usłyszę zarzuty, że „wszystko fajnie, tylko strasznie długie te twoje teksty”. Przykro mi, najnowszego Modest Mouse nie potrafię spłycić do krótkiej, pisanej na chybcika recenzji. Aha, daruję sobie hasła „płyta roku” itd. Chyba sami już wiecie...
Łukasz Kuśmierz
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć